Wysłany: 2009-02-15, 11:27 Ocalić od zapomnienia...czyli muzyczne perełki z przeszłości
Cytat:
"Ocalić od zapomnienia..." - te słowa K.I.Gałczyńskiego, przez prawie 40 lat śpiewane przez Marka Grechutę, stały się hymnem, modlitwą i wołaniem o ocalanie najważniejszych wartości naszego życia. Całe dziedzictwo duchowe i kulturowe ludzkości to proces ciągłego ocalania od zapomnienia.
Mamy na forum wątek o nowościach płytowych. W tym temacie proponuję trochę powspominać. Zwłaszcza płyty trochę już zapomniane, czy w ogóle mało znane. Sprzed lat dwudziestu, trzydziestu, czterdziestu..., ale również młodsze, które jakoś przeszły bez echa, a Waszym zdaniem zasługują na pamięć. Jednorazowe projekty, eksperymenty, nagrania, które raczej ominął szczyt list przebojów...
Po co?
...żeby Was dziecko nie zapytało za 20 lat: eeeeee tata, kto to był ten Hendrix?
(mało prawdopodobne, ale....)
Na początek przypominam raczej mało znaną płytę z dorobku znanego artysty. W całości instrumentalny, elektroniczny album Niemena - Katharsis.
Cytat:
Niemen początkowo grający na organach Hammonda, z wolna rozbudował swoje klawiszowe instrumentarium, dodając najpierw melotron, a potem jako pierwszy polski muzyk, syntezator Mooga. Nowoczesne i drogie wówczas wyposażenie, pozwoliło mu nagrać w 1975 całkowicie elektroniczny album Katharsis, stawiający go w jednym rzędzie z takimi awangardowymi muzykami i grupami jak Tangerine Dream, Klaus Schulze i Vangelis.
Ta płyta Niemena z "okresu włoskiego" to rzeczywiście perełka. Ale innym też się to zdarzało. Na przykład jeśli ktoś posłucha unikalnej płyty "Hypothesis" z dorobku wspomnianego już przez Ciebie Vangelisa to przekona się, że także ta gwiazda nie zawsze grała tak łatwo, prosto i przyjemnie (patrz-kasowo)
A skoro wywołałeś Polaków i muzykę elektroniczną, to koniecznie muszę dołożyć kilka własnych przemyśleń
Przede wszystkim Józef Skrzek, którego twórczość najmniej znana jest właśnie... w Polsce. Bo poza granicami facet jest niekwestionowaną gwiazdą. Szkoda tylko, że jego dorobek jest tak opornie wznawiany. Czasem przypominamy sobie o nim przy okazji SBB, bluesa i twardszego rocka... Ale dla mnie Skrzek jest przede wszystkim genialnym czarodziejem elektronicznych klimatów. I chyba jako pierwszy wpadł na pomysł grania tego typu muzyki w katedrach i planetariach.
Marek Biliński miał być polskim Jarrem. Jego gwiazda jasno rozbłysła na krótko w latach 80. i 90. A potem... No właśnie, co się stało później?
Zespół Kram. Wydał chyba tylko jedną płytę (Biała sowa, biała dama, biały kruk) i został zapomniany. Czy całkowicie? Wtedy muzyczną ciekawostką i nowatorską koncepcją było zastosowanie elektronicznych instrumentów klawiszowych jako prowadzących. W połączeniu ze świetną aranżacją, sekcją smyczkową i poezją (na przykład Leśmiana), brzmiało to baaardzo dobrze.
_________________ Istnieją tylko trzy typy ludzi: ci, którzy tylko widzą morze, ci, którzy wypuszczają się w morze, ale też ci, którzy umieją wrócić z morza żywi... (Alessandro Baricco)
Na piwo dla autora powyższego posta dotychczas zrzucili się:
W czasie gdy zakochany w sobie buc Waters nagrywał pod szyldem Pink Floyd swoje w zasadzie solowe płyty The Wall (1979) i The Final Cut (1983), David Gilmour wydał dwa solowe albumy. Waters pisał rzeczy napompowane, pełne patosu i bardziej w sumie teatralne, niż rockowe. David napisał dwie płyty z normalną rockową muzyką. Wkrótce po tej drugiej Waters odszedł z Pink Floyd i David całkowicie skupił się na zespole. Trzecią solową płytą było dopiero On an Island z 2006 roku.
Najbliższe plany Wilków to koncert akustyczny dla MTV, który zagrają 27 lutego w Studio Buffo. Przy okazji warto przypomnieć, że Robert Gawliński nie zaczął swojej kariery od Wilków, jak to się niektórym wydaje...
Cytat:
W Sylwestra 1982 roku Robert założył zespół Madame. Madame oficjalnie przestało istnieć wiosną 1986 roku, tuż po zarejestrowaniu w warszawskiej Rivierze-Remont materiału na koncertową płytę. Płyta ta ukazała się dopiero w roku 1999.
Nim muzycy znani z BIG CYC zalozyli tak bardzo znana formacje w latach 80 tych dzialali w reggalowej formacji Rokosz
Kod:
Rokosz to jedna z pierwszych polskich formacji reggae założona w 1984 roku przez Jarka "Dżerego"Lisa (pozniej BIG CYC,CZARNO CZARNI) i Jacka"Dzej Dżeja" Jędrzejaka (pozniej BIG CYC,CZARNO CZARNI).
W 1985 roku wykrystalizował się najbardziej znany skład zespołu. Do Dżerego i Dżej Dżeja dołączyli: klawiszowiec i flecista Wojtek Koralewski, gitarzyści Darek „Buła” Jaskuła, Marek Kwiecień, Piękny Roman (pozniej BIG CYC, CZARNO CZARNI) oraz saksofonista Krzysztof Kralka i kongista Robert Rajewski. Głównym wokalistą został Sławek „Ponton” Przybylski.
W latach 1984-1988 zespół wystąpił na wszystkich najważniejszych festiwalach muzyki reggae w Polsce takich jak RÓBREGE 85, WINTER REGGAE , REGGAE nad WARTĄ , REGGAE W SPODKU czy REGGAE IS KING. W 1985 ROKOSZ był laureatem Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie. Piosenki ROKOSZA "Oceany" i "I Ją Wą Wą", przez wiele tygodni utrzymywały się na pierwszych miejscach listy przebojów Rozgłosni Harcerskiej, a Ponton uważany był za jednego z najciekawszych i najoryginalniejszych wokalistów muzyki reggae w Polsce. W 1989 roku grupa zawiesiła działalność. Dżery, Dzej Dżej, Piękny Roman założyli wspólnie ze Skibą Big Cyca. W lipcu 2008 mieli ponownie spotkać się na scenie festiwalu "Reggae na Piaskach". Niestety 7 sierpnia 2007 roku zmarł Ponton.
Po 22 latach Dżej Dżej, Dżery i Piękny Roman postanowili wydać na płycie to co udało się uratować z dawnych sesji nagraniowych. W lubelskim studiu Tomek Bidiuk wspólnie z klawiszowcem BIG CYCA I CZARNO CZARNYC Piotrkiem „Gadakiem” Sztajdlem dokonali rekonstrukcji i remixu nagrań sprzed 2O lat. Pięć pierwszych piosenek pochodzi z roku 1986, trzy kolejne z roku 1985. W postaci bonusa dodano dwa nagrania koncertowe z festiwalu „REGGAE NAD WARTĄ-GORZÓW WLKP 88” gdzie gościnnie na klawiszach zagrał Waldek Deska (DAAB).
Fanów starego King Crimson nie brakuje. Miłośnikom starego, dobrego progrocka w klimacie pierwszych płyt tego zespołu, nie wypada chyba zapomnieć o projekcie członków pierwszego składu - Ian'a McDonald'a i Michael'a Giles'a.
Będąc już w okolicach Crimsonowych warto wspomnieć o solowym dziele samego Roberta Fripp'a - Exposure. Jakoś tak te jego solowe działania są chyba w cieniu King Crimson, a nie do końca słusznie.
W zbiorach każdego z nas, pomiędzy mniej lub bardziej pospolitymi tytułami błyszczą płyty, przy których olbrzymia ilość muzyki blednie. To te albumy do których tak często wracamy i nigdy nie czujemy przy tym przesytu. Na których za każdym kolejnym odsłuchaniem odkrywamy coś nowego, mimo, że już wydawało się nam, że znamy je na wylot. Płyty, które zabralibyśmy ze sobą na bezludną wyspę. Które stały się częścią nas. Dla mnie jednym z takich muzycznych talizmanów jest właśnie „Exposure” Roberta Frippa.
Na temat muzyki zawartej na tym krążku wielu bardziej kompetentnych ode mnie ludzi napisało już chyba wszystko, co tylko można było napisać. Cóż jeszcze mogę dodać nie popadając przy tym w banał, nie uciekając się do drobiazgowej analizy, nie powtarzając wytartych frazesów?
Nie jest to może dzieło przełomowe, ale bezwątpienia wyjątkowe. Próżno bowiem szukać w obfitym dorobku artysty drugiej tak różnorodnej i pełnej niespodzianek płyty. Autorski debiut Frippa jest jak gdyby pomostem pomiędzy tym co było, a tym co dopiero nastąpi. Z jednej strony muzyk tkwi jeszcze jedną nogą w karmazynowych latach siedemdziesiątych, z drugiej - dokonuje on swoistego uaktualnienia, powoli wypracowując formułę kolejnego wcielenia King Crimson. Nie słychać tego jeszcze zbyt wyraźnie, wszak brak tu drugiej gitary, nie ma więc mowy o charakterystycznych fraktalnych przeplatankach, niemniej jednak takie „North Star”, zbliżone nieco nastrojem do „Matte Kudasai” z albumu Discipline”, brzmi jakby było napisane z myślą o głosie Adriana Belew. A i obecność Tony’ego Levina, oraz zastosowanie brzmień frippertronics świadczy o tym, że idzie nowe.
Początkowo za wszystkie wokale na „Exposure” odpowiedzialny miał być Daryl Hall (1/2 duetu Hall and Oates), uniemożliwiły mu to jednak kontraktowe zobowiązania. I dobrze się stało, bo chociaż wokalnym możliwościom Halla trudno cokolwiek zarzucić, to dzięki temu płyta stała się bogatsza o głosy Petera Hammilla, Terre Roche, oraz Petera Gabriela. Tak skrajnie od siebie różne tembry sprawiły, że muzyczny materiał mimo dość zimnej atmosfery spotęgowanej przez brzmienie i okładkę, mieni się wieloma barwami. W tym także tymi wesołymi, okazuje się bowiem, że ten ekscentryczny humanoid dysponuje poczuciem humoru, które w dodatku potrafi przemycić do swojej muzyki. Świadczą o tym wstęp i zakończenie albumu, a także niektóre utwory. Na przykład „You Burn Me Up I'm A Cigarette” to jedyna okazja, żeby usłyszeć Mistrza grającego punkowego rock and rolla, w „NY3” z kolei jesteśmy świadkami sąsiedzkiej kłótni.
Słowa uznania należą się fenomenalnej wręcz robocie wykonanej przez wybitnych perkusistów. Panowie Phil Collins, Jerry Marotta, oraz Narada Michael Walden z klasą zaakcentowali swoją obecność. Szkoda tylko, że nie opisano który z nich łupie w którym utworze… Pozostaje zgadywać, co wcale łatwe nie jest. Obstawiałbym Marottę w kawałku tytułowym i w „Chicago” (rytmiczny minimalizm, trans), a Collinsa we wspomnianym „North Star” (swoboda i finezja, lekko swingujący groove).
Trudno wyobrazić sobie piękniejsze wyciszenie od tego, jakim kończy się ta płyta. Spośród stopniowo narastającego szumu frippertronicznych fal wyłania się na chwilę skrawek lądu - „Here Comes The Flood”. Przepiękna kompozycja Petera Gabriela, zaśpiewana przez niego w zasadzie tylko przy akompaniamencie fortepianu. Wersja moim zdaniem o niebo lepsza od tej umieszczonej na solowym debiucie autora. Utwór pojawia się, wstrząsa słuchaczem, by na powrót zanurzyć się w odmęty „Water Music”. Cudowny finał, choćby tylko dla niego warto sięgnąć po tę płytę.
Cóż jeszcze pozostaje, oprócz słuchania? Wyznawcy zdyscyplinowanej muzyki Roberta Frippa albo już od dawna znają „Exposure”, albo wkrótce zamierzają się z nią zapoznać. Nie brakuje jednak sceptyków, dla których twórczość tego legendarnego człowieka, który sam o sobie mówi, że tylko pretenduje do miana muzyka, jest nie do przyjęcia. Właśnie im polecałbym tę płytę, a nuż nawróciliby się na jedyną słuszną drogę.
_________________
Na piwo dla autora powyższego posta dotychczas zrzucili się:
Od klimatycznego rocka Frippa odchodzi ścieżka w kierunku... No właśnie, to jeszcze był nowofalowy progress czy już progresywny New Wave? Bo jednym z pierwszych animatorów nowego stylu była australijska kapela "Flash and the Pan", założona w połowie lat 70.
Najbardziej znane utwory grupy zostały nagrane w latach 80., czyli ponad dwadzieścia lat temu. Te najpopularniejsze to chyba: "Waiting For A Train", "Midnight man", "Ayla", no i niezapomniany "Lights in the Night", pochodzący z płyty o tym samym tutule.
Wbrew swej przekornej nazwie (w wolnym tłumaczeniu to znaczy: "słomiany zapał" albo "gwiazda jednego sezonu"), twórcy grupy są dziś zaliczani do grona najwybitniejszych postaci w historii muzyki. I choć nigdy nie okupowali topu, to jednak przez lata zdołali utrzymać sie w czołówce. A najważniejsze, że tej muzyki nie muszą podpierać słupki statystyk sprzedaży. Bo to już klasyka, która pewnie obroni się sama.
Szkoda tylko, że w erze wszechobecnej komercji tak trudno znaleźć ich nagrania w sklepach. Żal, że w powodzi antenowej papki zapomniało o nich radio. To dla mnie kolejna propozycja muzyki, którą wciąż można odkrywać na nowo.
_________________ Istnieją tylko trzy typy ludzi: ci, którzy tylko widzą morze, ci, którzy wypuszczają się w morze, ale też ci, którzy umieją wrócić z morza żywi... (Alessandro Baricco)
Na piwo dla autora powyższego posta dotychczas zrzucili się:
Piękna płyta. Zakochałem się w niej od pierwszego przesłuchania. Zespół w kręgach gotyckich jest oczywiście znany, a wręcz kultowy, ale myślę, że zasługuje na wiele więcej. Gdyby nie Tomek Beksiński być może byłby znany tylko maleńkiej garstce fanów. Pozwolę sobie zacytować recenzję tej płyty autorstwa Tomka...
Cytat:
Ta płyta ma tylko jedną straszliwą, wręcz niewybaczalną wadę - trwa zaledwie czterdzieści dwie minuty. Jak na dwa lata czekania, to stanowczo za mało. Szczególnie w dobie muzycznego zastoju i zepsucia. Ale dobre i to, bo praktycznie każdy utwór na tym nowym - piątym już - albumie czeskiej grupy spod znaku nietoperzastych skrzydeł jest klejnotem samym w sobie. Jeśli wolno, nawiążę tu do tytułu klasycznego horroru wytwórni Hammer - Krew z grobowca mumii. W tym tytule jest wszystko. To samo można powiedzieć o Zagubionych w Karpatach: każdy amator gotyckich wrażeń zostanie dosadnie zaspokojony.
Najpierw mamy dynamiczny rockowy utwór utrzymany w jak najlepszej tradycji Sisters Of Mercy - Vampires. Dzwony niosą odgłos burzy, nadchodzi mroczny koniec wieku uwięzionego we własnym cieniu. Potem wkracza Wilczyca - niemalże "purpurowy" wstęp na organach, następnie rzężąca gitara... i otrzymujemy kolejne arcydzieło XIII Stulecia: Uciekaj jak najdalej w objęcia nocy, bądź wilczycą, wilczym cieniem, a wilcze demony niechaj będą z tobą. Po tych pięciu minutach grozy czas na chwilę romantyzmu: Vitr z Karpat: Gdzieś w mroku rodzi się świt, a wiatr z Karpat przynosi pocałunek. Jednak nie długo czujemy się bezpieczni. Z rockowym hukiem wkracza Candyman - czarny upiór z tandetnych amerykańskich horrorów. Petr Stepan poświęca mu na szczęście tylko trzy minuty, ale i tak jest dlań zbyt łaskawy, nazywając voodooidalnego potwora Black Nosferatu. I wtedy rozlegają się dzwony...
Trzy ostatnie utwory na tej płycie to małe arcydzieła, dorównujące najlepszym dotychczasowym osiągnięciom XIII Stoleti. Dum kde tanci mrtvi i Testament zrealizowane są z wagnerowskim rozmachem i powalają potężnym, niemalże orkiestrowym brzemieniem, jakże typowym dla najpiękniejszych kompozycji Stepana z poprzednich płyt (jak chociażby Upir s houslemi czy Transylvanian Werewolf). Zaś Elizabeth - niezwykle poetycka opowieść o krwawej hrabinie Batory - wieńczy dzieło przy dostojnych dźwiękach organów, z ekspresją godną Lucretii. Elżbieto, twa krwawa droga jest grzechem w obliczu Boga. Zmarszczek czasu na twarzy nie znajdziesz już.... I nic dziwnego: Elżbieta Batory żyje w setkach horrorów (Countess Dracula, Daughters Of Darkness oraz w jednej noweli Opowieści niemoralnych Borowczyka) i w utworach tak porywających jak ów hołd oddany jej przez czeskiego Nosferatu.
Wiem, że jest to muzyka dla specyficznych słuchaczy. Ale tylko dla nich warto jeszcze recenzować płyty.
Tą oraz pozostałe, równie piękne płyty Trzynastego Stulecia znajdziecie tutaj...
Zespół powoli odchodzi w zapomnienie, a wszyscy kojarzą go tylko ze Smoke On The Water... Genialny wokal Iana Gillana i umiejętności gry na perkusji Iana Paice nie pozwalają przejść obojętnie obok tego albumu.
Cytat:
"Deep Purple in Rock" to czwarty album zespołu Deep Purple wydany w czerwcu 1970 roku nakładem wytwórni Warner Bros (US) oraz Harvest Records (UK). Utwory na płytę nagrane zostały w IBC, De Lane Lea oraz Abbey Road Studios (Londyn) pomiędzy sierpniem 1969 roku, a majem 1970 roku. Płyta została nagrana w najpotężniejszym, zdaniem fanów i krytyków składzie i przyniosła grupie światowy rozgłos i sławę. W 2000 roku czasopismo "Q Magazine" umieściło "Deep Purple in Rock" na 78 pozycji listy 100 najlepszych brytyjskich albumów wszech czasów. W 1995 roku album doczekał się reedycji, na którym zamieszczono dodatkowy, bonusowy materiał.
Franek Kimono jest dość osobliwym i złożonym projektem, który nie kończy się, jak sądzi większość ludzi, na utworze "King Bruce Lee Karate Mistrz". Jego głównym pomysłodawcą jest Andrzej Korzyński, zaś współtwórcami Mariusz Zabrodzki i Sławomir Wesołowski. Ci dwaj ostatni byli odpowiedzialni za aranżacje, klimat i brzemienie. Teksty napisali Andrzej Korzyński pod pseudonimem Andrzej Spol oraz Krzysztof Gradowski. Sama idea Franka pojawiła się jeszcze przed znalezieniem odpowiedniego wokalisty. Podczas rejestracji ścieżki dźwiękowej do filmu Akademia Pana Kleksa (reż. Krzysztof Gradowski) w 1983 roku zauważono Piotra Fronczewskiego. Miał on pierwszorzędne predyspozycje wokalne, dokładnie takie, jakich szukano. Od razu zaproponowano mu współpracę. Na początku Piotr zwyczajnie śpiewał i to nie pasowało do wcześniejszych założeń. Dopiero któraś z kolei wersja, mówiona, okazała się tym, czego szukano. Dzięki temu Franek Kimono uważany jest za pierwszego polskiego rapera.
W 1983 roku nagrany został pierwszy singiel 7", wydany przez Tonpress, zawierający utwory "King Bruce Lee Karate Mistrz" oraz "Dysk-Dżokej". Po jego orgomnym sukcesie na rynku firma Arston zwróciła się do twórców o nagranie całego albumu. W 1984 roku został wydany winyl 12" oraz kaseta z 11 utworami (w tym jednym instrumentalnym) oraz dwa single 7".
Płyta, która miała być niejako żartem muzycznym, satyrą społeczną, pastiszem muzyki disco, stała się wielkim przebojem. Album otrzymał tytuł "Płyty roku '84" w kategorii muzyki rozrywkowej w plebiscycie przeprowadzonym przez II Program Polskiego Radia.
Po 14 latach Franek Kimono znów przypomniał o sobie. W maju 1998 roku trafiła na rynek płyta "Toczy się życie - Powrót Mistrza". Płyta już nie Franka, lecz Pana Kimono. Album zawiera nowe wersje starszych utworów, jak i pochodzące z płyty "Na Progu Raju" wydanej w 1986 roku.
"Luksus" to folkrockowe (z elementami punka i ska) wersje starych warszawskich piosenek ulicznych znanych z wykonań barda warszawskiej ulicy - Stanisława Grzesiuka.
Mimo iż po wydaniu tej płyty było trochę utyskiwania na kiepską "warszawskość" zespołu i wiele tekstów typu "po co nagrywali, Grzesiuka i tak nie przeskoczą", płyta do dziś dobrze się broni. To solidna dawka miejskiego folku.
Na płycie znajduje się utwór "U cioci na imieninach", największy jak dotąd hit Szwagierkolaski.
Dziś przypominam jeden z ciekawszych rockowych zespołów grających w Polsce w latach 90 - ych, czyli grupę Ahimsa. Projekt ten był związany ze sceną alternatywną. Muzycy Ahimsy szerzej są znani ze współpracy z Darkiem Malejonkiem w okresie przed wydaniem Generation X Houk'a. Paweł Krawczyk, gitarzysta zespołu, gra obecnie w zespole Hey.
Załoga Fort BS z Jeleniej Góry. Kapela wydała w pierwszej połowie lat 90-ych trzy materiały: Punk'N'Roll (1992), Tutaj jest wszystko inaczej (1993) i Hooligans (1994).
Kapela miała dłuższą przerwę i reaktywowała się w 2006 roku. Dla miłośników gatunku to podstawa, a jeśli ktoś nie zna, to polecam. Naprawdę porządne punkowe granie.
w roku 1983 zespol Perfect zostal rozwiazany po swojej kilkuletniej karierze.Grzegorz Markowski w tym czasie występował razem z formacjami Hazard i Samolot.../zreszta w tym czasie rowniez prowadzil firme budowlana/...
w roku 1987 wychodzi jego plyta Kolorowy Telewizor nagrana z zespolem Samolot wlasnie, w skladzie:
Cezary Bierzniewski - gitara
Wiesław Gola - perkusja
Robert Jaszewski - gitara basowa
Tomasz Pierzchalski - saksofon
to calkiem dobra plyta..utrzymana troche w klimacie owczesnego Perfectu..niestety ale nie ukazala sie jeszcze wersja CD tego albumu /a szkoda/..pozostaje mi tylko analog..
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach